nasza wyprawa dobiega końca
to jest granica Poznania
jeszcze dwie torby w oczekiwaniu
na taksówkę rozglądam się
żółte firanki stara szafa
ściana pełna zdjęć a tu
na pożółkłej pocztówce wspomnienia
w brązowych oczach blednie światło
wieczorem staniemy przy oknie
taka sytuacja historia zostanie
wypisana na klatce pamięci
staniemy przy oknie o tak
okno będzie jak umysł odkrywcy
(ale dotknij mnie teraz
taka sytuacja że możesz
mnie dotknąć)
i drobne punkty z nieba
spłyną mleczną drogą
wprost na talerz wieczoru
wyjdziemy przez okno spacer
po skałach księżyca
a skały kaleczą ciało
nasze stopy jak
światła świata
nie rysuję pożegnania
nie zataczam żadnych kół na kartce
nie umiem rysować
podłoga jest twarda i niewygodna
na karuzeli dostaję mdłości
gdy patrzę w kierunku przeciwnym
a z kieszeni wyciągam nieważne
bilety do lunaparku
otwarte okno trzaska i pęka
mi głowa myśli spływają rzeką
topiąc się
z dna słychać podstępnie nuconą
piosenkę dla zakochanych
siedzę na balkonie łapię światło
w garści ulice mruczą ponure piosenki
po kątach rzucając podejrzliwe
spojrzenia
szukają błądzą
bo jest noc
gorąca i wzmaga się
jej zapach pozostawiony
w koszu na bieliznę
snuje się po niebieskim
nie wie z kim
ulice rozświetlają latarnie
mrużą oczy czasami
łapię te światła
szukając błądzę
nie wiem z kim
po niebieskim
Przestało padać. Jest okno, które poznaję.
Iskra światła rozproszona przez kroplę rosy
zwęża źrenice czasu. Dystans wydłuża się
pozornie.
Obraz odwrócony. Kolejny opuszczony dom,
kobieta której nie było. Zabawy w piaskownicy
z dzieckiem, którego nie było także.
Życie pozornie płynie czasem. Zbyt wiele
wskazówek, zbyt wiele dróg usypanych
z ziaren piasku zamkniętych w klepsydrze.
życie przestało być budzącym się motylem
majową łąkę zastępuje odrapana podłoga
w wilgotnych ścianach mieszkania socjalnego
na niewielkiej wyspie ze sprężynami budzi się mąż
wstawiony jak drzwi po ostatniej bitwie na miecze
zwiastuje burzę z piorunami i ulewne deszcze
(tego wieczora lał ją wielokrotnie)
życie zamknięte w próchniejącej szafie
siedzi w kącie tuląc szmacianą lalkę
próbuje zatrzeć ślady mijających się dni
na spękanych i brudnych szybach twarzy
szare tu i tam szare odrapane patrzą
spacer ze znajomym z dziewczyną z psem
wieczorem często stoimy pod blokiem
zachodnia jest tylko odzież
i telefony z drugiej ręki
psy robią kupy na trawniku
jeden sąsiad też po takich nikt nie sprząta
wszyscy mieszkamy w klatkach
agresywnie depczemy trawniki
(spółdzielnia ostrzega – szanuj zieleń)
chłopaki ganja-ją się z płytami
chodnikowymi.
szare tu i tam szare odrapane śpią tylko
czasem ktoś wdepnie w gówno
w kałużę perspektyw pod blokiem
na klatce napis – Marzenie
W tym mieście to nawet wysrać się jest trudno,
a niebo chmurami zaciągnięte. Urzędnicy zamknęli
ostatni przylądek, ostatni szalet miejski, przesrane.
Zaciągamy się dymem, białym i gęsto unoszącym się
okoliczne miasta zwożą do nas śmieci, wśród nich
stare meble, zawartość szamba, kiepskie tomiki
poezji nie czyta się na ławkach w parku, poezji
nie kupuje się w księgarniach – wołają,
kiedy łudzimy się wydając ostatnie grosze, nakład
zdolnej młodzieży. Konkurs wygrany odbija się
echem brudnych kamienic. Taka dawka kultury,
że wymiotujemy na barykady spękanych chodników.
A w głowach tłoczą się obrazy pijanych zawiadowców.
Zaciera się ręce, zaciera się ślady, w tym mieście,
gdzie skansen, nie Europę zobaczysz.