nie ma cię w chmurach
są ślady stóp
w szumie miasta
szukam piegów na niebie
znajduję gwiazdy
Wiersze
Matematyka z języczkiem
Uczę cię matematyki i pisania wierszy,
taki mix na wiosnę, bo w prezencie
darmowy numerek przez parę miesięcy.
Dzisiaj funkcja stała, ale ręce mi opadły,
więc oddaliśmy się dzieleniu bez reszty.
Mogę powiedzieć, że jesteś bardzo dzielna.
Później napisałaś o mnie wiersz
i miałaś sen niespokojny – byłem poetą,
błądziłem w polu pod wykresem i była
kartka zapisana całkami, a przecież
nigdy o żadnych całkach nie słyszałaś,
a ja nigdy nie uważałem się za poetę.
Wykręciliśmy niezły numerek,
granica od zera do nieskończoności
na biurku twojego ojca
jak pospieszny pociąg.
Wiersz w naturze
poznałem zapach łagodny i świeży nie jestem
poetą jak o mnie mówisz bo wypisuję brzydkie wyrazy
na klatkach schodowych to pewna wariacja
w zielonych oczach niechęć do nowości
zabieram cię na podmiejskie polany wiesz czego chcę
więc wiesz co robić zające spłoszone falujące zboże
trawę masz w ustach odstawiasz teatrzyk
kiedy próbuję zdjąć z ciebie sukienkę
to się nie liczy to się nie liczy zabawmy się
w berka w myszkę i kotka jesteśmy sami
już słupek rtęci skacze do góry czuję się inny
niż choćby wczoraj to czas mnie posuwa taka aluzja
na lewej łopatce ziarenko piasku albo literka
o krągłym brzuszku głaskana wolno odkrywam zwrotki
pełne rumieńców rozsuwam wersy moja poezja
na mokrej trawie dotknij mnie proszę między słowami
Michał się stara
Michał sparodiował wiersze pani Krystyny
bywa wulgarny gdy kłębiąca się chmurka
próbuje poderwać biedronkę na zielonym listku
(touch my ass w najlepszym radiu w Sieci
lick my breast jeśli tylko chcesz, kochanie)
a Michał znowu pisze o piciu wódki i jaskółkach
wzlatujących pod dach nieba choć wszyscy wiemy
że jaskółki nie latają tak wysoko
Michał ma wysokie loty i pewnie zdobędzie nagrodę
w turnieju jednego wiersza a później serca
i numery telefonów co najmniej kilku fanek
bo jeśli całe dnie pije się wódkę w wierszach
to musi to być impuls i nawet Jaś skurczysyn
nie zdąży wyjąć i strzelić a Michał owszem
bo jeśli ma się silną wolę (żadnego seksu z fankami)
i wrażliwą duszę artysty (namaluję cię nagą, kotku)
fruwa się nad dziewiczymi lasami zlanymi deszczem
ale nie jak spłoszona ptaszyna nie jak pszczółka
bo to sport tylko dla orłów i nie przeraża wątroba
co dzień rozrywana przez wódkę bo mitycznie odrasta
Ja, kabotyn
to nie jest wiersz o pewnym ośrodku kultury
to jest wiersz o środku w punkcie zero zero
szefostwo zrobiło nam łaskę i wieczorem
możemy wystąpić na dużej scenie
na widowni dyrektor z żoną sprzątaczka
operator dźwięku i lekko zawiany portier
(wietrzna pogoda wieczna walka o stołki)
na co dzień mamy oparcie w skrzypiących krzesłach
w salce dzielonej z grupą pań które biorą
kolorowe tabletki a potem są brane
za niezłe artystki i pokazują je w galerii
nie jestem pieprzonym niedźwiadkiem
z którym pstrykniesz sobie fotkę za dwa złote
i nie złożę autografu na wymiętej kartce
wydali nam tomik który rozchodzi się tak
jak zawsze ciepłe bułeczki w Polo Markecie
nie ma gratisów ale uśmiechamy się ładnie
Klatka z codzienności
kiedy ciekawa chciałaś dotknąć pierwszy raz
rozmawialiśmy o zakładaniu konta przeprowadzce
wspólnych wyjazdach do górskiej chatki babci
tylko tam moglibyśmy wspiąć się na wyżyny
dokończyłbym książkę ty zrzuciłabyś parę kilo
i byłaby pewność że nie zmarnujemy czasu
za drugim razem bliżej poznania dwuznaczne
wykręty i stało się leżymy razem na małej sofie
od kilku lat praca ósma – szesnasta i nerwy słabe
wstać wcześnie kupić bułki mleko pies
obowiązkowo dwie kupy i osiem sików sąsiad
hejnał wariacki za sklepem ustawiam zegarek
kolejne zetknięcia przypadkiem jak wyrok
gdy kochanek sześć to mężczyzn dwunastu
czysta matematyka nieczyste zagrania
ktoś wkręcił słoik zamiast klosza na klatce
pierdoleni artyści amatorzy rozrzucania
butelek petów reklamówek i kolorowych gazet
kiedyś spędzałem godziny na półpiętrze
każdą prawie z inną dziewczyną i każda prawie
chciała tam wracać dotykać pamiętam
i jeszcze całowanie na skrzyni od elektryki
żebyś ty umiała tak pieścić jak dawniej ona
mógłbym nawet przynosić pachnące kwiaty
zapytaj gdzie kończy się ta historia
wypisana sprayem na klatkach pamięci
skądś znam te obrazy a ty się uśmiechasz
pożółkłe kartki w kalendarzu na ścianie
nie obchodzimy już świąt one nas nie obchodzą
więc nie dostaję czerwonej kartki wyblakła
21 maja 2011, 17:07
to miał być wiersz o wiośnie
ale przyszedł inżynier
specjalista od Biblii i powiedział koniec
to miał być wiersz radosny
tak go zapamiętaj
choćby szerszenie wyjadły ci oczy
to miał być wiersz o dziecku
które było w planie
w naszym na pewno
nie wiem jak tam Stwórca
(przyjdzie by nas zbawić
albo raczej zabić)
to miał być wiersz o tobie
póki jeszcze jesteś
może będziesz w niebie
albo zginiesz przy mnie
Stażysta III: rozproszenie myśli
Siódma pięćdziesiąt – podpisać listę obecności, ale wcześniej
szósta czterdzieści „Z wiarą” Fabryki próbuje postawić mnie na nogi.
Przewracam się na bok. Na płycie mózgu lądują myśliwce, jak strasznie
huczy. Przerwana cisza. Myśli poszarpane jak bielizna rozrzucona
po pokoju. Wiele razy. Przerywane stosunki z córkami sąsiadek
odbijają się echem od ścian. Kobiety zakręcone, a łatwo je rozkręcić.
Nakręcić zegarek, aby czas nie mógł stanąć. Wstawanie jest trudne, jednak
perspektywa przygód na stażu zwycięża. Przygody na korytarzu. Przygody
w koedukacyjnej toalecie. Zrywam się z łóżka. Później Ona zerwie kontakt.
Póki co śpi niewinnie. Czar pryśnie jak zwykle. Około dziewiątej.
Nie budzić za szybko. Nie wzbudzać podejrzeń. Spojrzeć tylko. Nic więcej.
Łazienka zabiera mi piętnaście minut. Ubrać się schludnie, uczesać.
Wyjście. Drzwi zamykam tylko na dolny, bo górny się zacina. Doświadczenie
nakazuje być ostrożnym w tych sprawach. Pamiętam jak Klaudia mówiła
o spodniach na guziki. Kupiłem cztery pary. Siódma dwadzieścia dziewięć.
Przystanek. Przystaję pod wiatą bo wiatr silny. Młoda dziewczyna poprawia
apaszkę na szyi. Malinka. To ukryć jest trudno. Malinka, mówię. Patrzy
na mnie. A ja dostrzegam uśmiech, zdziwienie, uśmiech, rumiane policzki.
To się dzieje szybko jak w kalejdoskopie. Zbliżamy się do siebie. W tłumie
wsiadającym do autobusu. Tłum pokrzykuje, tłum rozpycha się. Każdego dnia
tak samo. Autobus jak puszka szprota w pomidorach, bo baby z rynku kupują
dużo warzyw, czasami zwierzęta i cuchną potem. Opieram się o poręcz
na tyłach pojazdu. Opierasz się o mnie. Kiedy rozmawiamy rozumiem
coraz lepiej, że trudno oprzeć się twoim ustom. Takie myśli nieprzyzwoite.
Dam się polubić. Chyba mógłbym. Docelowy przystanek. Zakład, że wyjdziemy
gdzieś razem? Obiad w pobliskim barze. Express się nazywa, jak pociąg którym
zmierzam w twoją stronę, maleńka. Dasz mi numer telefonu, dasz? Jestem lokalnym poetą,
ale kiedyś będę znany w kraju. Mam potencjał. Pani od polskiego powtarzała
że mam talent i powinienem dużo pisać. Bo ładne mam wiersze. Ty jesteś ładna.
To się składa jakoś dobrze, kotku. Wysiadam. Numer telefonu zapisany na bilecie.
W głowie maluję obrazy twoich dłoni, myślę – niepewnych i gładkich.
Ciekawych i ciepłych. Bo taki ze mnie artysta, że zdarza mi się
coś zmalować. Kiedy wieczorami będziemy długo rozmawiać nie pójdę
na łatwiznę. Zakazane owoce nie zawsze smakują lepiej. Nadejdzie taki moment.
Nie zgasimy światła. Bezwstydnie. Często bezmyślnie zapominam przekręcić
klucz w drzwiach. Zasłonić okno. Obserwują. Z zazdrością patrzą.
Kiedy łoże zamienia się w morze. Morze falujące coraz bardziej.
Może dzisiaj popłyniesz ze mną. W długi rejs. Między wiersze, ubrana
w skąpe metafory. Będę mówił, dotykał, a wiatr słów rozwieje ci włosy.
Rozwieje wątpliwości ostatnie, gwiazdko. Czuję, że używasz brzoskwiniowej
szminki. Jestem zmieszany, kiedy oblizujesz wargi. Coś w tym jest. Poza
owocami. Poza na stole. Pozornie spokój panuje. W pokoju, przed bitwą.
Pokój wypełnią dzikie obrazy. Choć wcale nie chcę cię obrażać.
Obrażenia nie wchodzą w grę. Chyba, że przypadkiem uderzysz głową
w meblościankę. Pod naporem wojsk jeszcze obcych. Bitwa na wzgórzach.
Bitwa w dolinie rzeki i w ujściu do morza. Desant na tyłach wroga.
Grunt to przemyślane decyzje. Przemyśl, wspominam zeszłoroczne wakacje.
Marta z Przemyśla nie myślała długo. Może dlatego krótko to trwało.
Nie opowiadać o byłych. Nie wspominać o pierwszych razach. Nie powodować
urazów. Nie chwalić się n-razami każdej nocy. A ona jest doświadczona.
A ona miała przygody. Odbyła gody. Może wielokrotnie. Drogo ją to kosztowało.
Z nami będzie inaczej, najdroższa. Bez planów podróży. To autobus
wyznaczy nam trasę. Ważne, że spotkaliśmy się. Ważne, że mamy bilety
miesięczne. Kontroler, nawet jeśli zaskoczy, nie poniesiemy kary.
Mija dwadzieścia minut rozmyślania i spóźniam się do pracy. Przez ciebie. Zrzucam
na ciebie winę. Kierownik zrzuca na mnie dodatkowe obowiązki. Poczuwam się
do obowiązku. Czuję się zobowiązany otwierać drzwi kiedy ktoś chce wejść
do pokoju. W budynku jest wiele kobiet. To mnie rozprasza. I chwilami
poddaję się. Bez walki. Poznaję kroki, pewne i krótkie. Nie widzę, a wiem.
Żywiołowy stukot cienkich obcasów o podłogę. Nie zdążysz złapać klamki.
Otwieram drzwi i zaskoczona wchodzi. Gubię się. Zagubiony szukam wyjścia.
Rozproszony, rozpraszany. Gosia prosi o wyjęcie papieru z drukarki. Zacięty.
Spogląda na mnie. Uśmiecham się, bo wyciągnę wszystko co zechce. Pełna
kultura bakterii. Choć kicha na mnie mocno, bo wciągnęła toner z drukarki.
Czuję, że jesteśmy bliżej. Przynajmniej na poziomie mikrobiologii. Zaczyna się.
Zaczyna się otwieranie drzwi. Pożyczanie spinaczy, długopisów. Zabawy
jak na Dzikim Zachodzie – kto pierwszy złapie klamkę, zwycięży. Kolejne bitwy,
kolejne sukcesy. Zaskoczenie przemija jednak z każdym dniem, a otwieranie drzwi
staje się niewygodnym obowiązkiem. To, co dobre nie zawsze kończy się szybciej.
Za każdym razem myślę, że to jeszcze nie ten moment. W końcu przestaję ufać
tym myślom. Utracony spokój. Trudności z wyrażaniem siebie. Dekadentyzm.